niedziela, 28 lutego 2016

GLS Cup

W piątek późnym wieczorem (praca, praca, praca) Ola, Kuba i ja jedziemy do Gdańska. Ledwie przyjeżdżamy do Oli i Rafała, wypijamy coś ciepłego i zmęczeni padamy. Rano oczywiście pobudka, śniadanie i w drogę do szczęśliwej dla nas Mariny.

Dlaczego szczęśliwej? To tutaj na zawodach w sierpniu 2014 coś wreszcie się w nas ruszyło i był jakiś tam wynik. Wtedy dla nas to było coś. A teraz - jeszcze lepiej.

Wchodzimy, pierwsze przywitania ze znajomymi (to już dziesiąte zawody), zajmujemy miejsca. Przychodzi Sajgon, otwiera zawody i jedziemy. Najpierw pyraminx. Ola i Kuba bardzo dobrze, ja nie trenuję tego, więc robię tylko po to, żeby poczuć stres i wejść w rytm. Chyba to mi się udaje, bo potem jest konkurencja układania jedną ręką (OH). Nie trenowałem tego od 3 miesięcy, od 2 tygodni zrobiłem może z 5 solvów z tego wszystkie tuż przed konkurencją. A tu niespodzianka. W 2 solvie idzie mi dobrze, robię czas poniżej limitu 40 sekund i wreszcie mogę zrobić średnią. Jest ona taka sobie, ale jest i chyba sobie trochę to potrenuję.

Potem 2x2, czego też ostatnio nie trenowałem. Pierwszy czas 6.xx i jest spoko, ale potem w drugim i czwartym jest już słabiej. Trzeci solve byłby świetny, ale źle rozpoznałem drugą warstwę, a pierwsza była jednoruchowa. Byłoby coś koło 5 i fajna średnia, a tak znowu nie przechodzę dalej. Trudno i tak nie liczyłem na wiele.

Tempo jest szybkie, zaraz 3x3. W międzyczasie sędziuję. W 3x3 początek taki sobie 20.xx, ale potem wpadają dwie 19. Już myślałem, że będzie lepiej, ale kończę ze średnią 21.04 po dwóch bardzo słabych solvach. Trzeba trenować dalej wynik jest i tak w okolicach mojej średniej ze 100, więc dobrze jest.

Po 3x3 są wreszcie blindy. I tu oczywiście wiedziałem, że nie ma polskiej czołówki, więc przy moim poziomie wystarczy spokojnie ułożyć. I to mnie paraliżowało. Strasznie. Panika i te pe. Dlatego pierwsze ułożenie robię baaaaardzo długie memo. Układam. W trakcie jest pomyłka. Cofam, ale czy dobrze? Zdejmuję opaskę - jest. Dokładnie 1:42.00. Schodzi ze mnie napięcie i postanawiam jechać na maksa. Oczywiście mojego maksa. W drugim 1:26, ale coś pomieszałem na rogach i jest spora pomyłka. Trzeci zaś - bardzo łatwy scramble, ale mylę się na rogach robiąc komutator na zupełnie inną stronę. W efekcie kostka jest ułożona, ale ma obrócone wszystkie rogi na górze. Brrrr. Timer pokazuje 1:13. Fajny wynik. Szkoda. Ale jest złoto.

Co do tego złotego medalu to mam w zasadzie mieszane uczucia. To trochę tak jak skip w 3x3 i to nawet OLL i PLL skip, bo nie ma polskiej czołówki (Maskow, Witali, Daniel...). Dlatego chciałem zrobić naprawdę dobry czas. Dalej nie wybrzydzam.... Bo z drugiej strony, jednak sporo na to trenowałem...

Później już tylko skewb, którego nauczyłem się niedawno. To znaczy, żeby być precyzyjnym - umiem układać od 2 lat, ale nigdy nie trenowałem, a dopiero 2 tygodnie temu nauczyłem się dobrej metody (Sarah's advanced). I jak na ten czas to kończę z dobrą średnią 11.03 i na 15tym miejscu. To mnie bardzo cieszy i chyba potrenuję to mocniej.

Na koniec druga runda 3x3. Jest słabo, ale wpada jedna 19. Jestem zmęczony i po obiedzie i najchętniej wypiłbym kawę, albo uciął drzemkę, a nie walczył o wynik.

Kończę z kilkoma fajnymi wynikami i oficjalnymi rekordami: w OH, skewbie, 3x3.

Format zawodów jest dość prosty - kilka szybkich konkurencji, tak żeby zmieścić się w jednym dniu. Mi się to bardzo podoba, chociaż tempo jest szybkie i brakuje trochę czasu na to, żeby pogadać, co przy dwudniowych zawodach jest łatwiejsze. Ale to jedyny minus. Zresztą Sajgon wspomina, że następnym razem robimy grilla, żeby i tę wadę zniwelować.

Dekoracja. Zdjęcia. Żegnamy się i wracamy. Zmęczony i szczęśliwy. Złoto jeszcze do mnie nie dociera.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz